Zawodniczki Enea MKS-u Gniezno zajęły piąte miejsce na koniec sezonu Orlen Superligi. To według Pana dobry wynik?
- Naszą ambicją i celem było osiągnięcie lepszego miejsca. Ostateczne piąte miejsce jest dla mnie rozczarowaniem.
Z końcem sezonu z drużyną pożegnały się cztery zawodniczki. Co miało wpływ na taką decyzję?
- Żaneta Lipok zdecydowała się zakończyć aktywną karierę. Gdyby to zależało ode mnie — najchętniej chciałbym, żeby została. To fantastyczna skrzydłowa. Spośród całego zespołu rozegrała najwięcej minut, a przez cały sezon miała najwyższą średnią minut na mecz — prawie 48 minut. Zdecydowała się jednak pójść dalej w życiu i odejść ze świata profesjonalnej piłki ręcznej. To całkowicie normalne. Rozstajemy się w pozytywnej atmosferze. Co więcej, powinna pozostać pracownikiem klubu. Hartman opuściła nas już w trakcie sezonu. Chce zostać mamą i zrobić kolejny krok w swoim życiu prywatnym. W kobiecym sporcie takie sytuacje się zdarzają i to jest zupełnie normalne. Malwy brakowało nam od lutego. Przez kilka lat była twarzą Gniezna. W barwach naszego klubu zdołała przebić się do seniorskiej reprezentacji. Zasługuje na wielkie brawa i szacunek za to, co zrobiła dla naszego klubu. Maria Tanaś to młoda zawodniczka, która opuściła 12 meczów w sezonie z powodu problemów z kręgosłupem. Dodatkowo studiuje w Poznaniu i pogodzenie nauki z piłką ręczną było dla niej ogromnym wyzwaniem. Zdecydowała się postawić na wykształcenie. Daria Konieczna praktycznie nie grała przez dwa lata. Gdy już wydawało się, że wróci — kolano ponownie dało o sobie znać. Walczyła z tym jak tylko mogła, ale ostatecznie zdecydowała się zrobić krok w tył. Będzie występować w Poznaniu, gdzie nie będzie musiała trenować tak intensywnie, a jednocześnie pozostanie u nas trenerką młodzieży. Ma ogromny potencjał. Cieszę się, że nadal będzie działać w naszym klubie. Natalia Krupa-Chlebik kończy swoją przygodę z naszym zespołem po jednym sezonie. W trakcie rozgrywek doznała poważnego urazu oka. Osobiście nie mogę powiedzieć o jej podejściu i etyce pracy ani jednego złego słowa. Niejednokrotnie pełniła rolę bardziej doświadczonej zawodniczki, która wpływała na atmosferę w szatni. Ostatecznie zdecydowaliśmy się jednak postawić na bramkarkę o innym profilu.
Jak ocenia Pan przedsezonowe transfery MKS-u? Czy według Pana pozyskanie zagranicznych zawodniczek to dobry ruch klubu?
- Każdy trener chciałby, aby między kolejnymi sezonami zmian było jak najmniej. To logiczne. Po roku doskonale zna się zawodniczki, a one znają trenera. Musieliśmy jednak zareagować na decyzje Hartman i Lipok. Poza tym wzmocnienia były konieczne. Wystarczy spojrzeć na siłę, a przede wszystkim doświadczenie w kadrach naszych największych rywali. Wspominałem już o tym w ostatnim wywiadzie — priorytetem były polskie zawodniczki. Rozmawialiśmy z kilkoma, ale ich wymagania finansowe były bardzo wysokie. Chcemy iść inną drogą i wierzę, że za trzy lata inwestycja w naszą młodzież przyniesie pierwsze owoce. Bardzo się cieszę, że udało nam się zatrzymać kluczowe zawodniczki, takie jak Cygan, Głębocka, Kuriata i Bartkowiak. Spośród nowych zawodniczek bardzo dobrze znam Popovcovą i Ščípovą. To pracowite dziewczyny. Popovcová jest bardzo doświadczona. Dwukrotnie grała już w finale Pucharu EHF. Oczekiwania wobec niej będą wysokie. Oli Ščípová to utalentowana rozgrywająca. Strzelczyni. Moim priorytetem będzie rozwijanie jej z miesiąca na miesiąc. Oczekuję, że pomoże nam po obu stronach boiska. Mari Stensrud to młoda norweska rozgrywająca. Uniwersalna zawodniczka. Grała w Larvik — tam nie wybierają słabych zawodniczek. Mari potrafi występować na kilku pozycjach. Jest bardzo dobrze wyszkolona technicznie. To, co przede wszystkim łączy wszystkie trzy nowe zawodniczki, to ambicja, głód sukcesu i pracowitość. To dla mnie kluczowe aspekty. Anikka Petersen to bardzo dobra bramkarka. W jej przypadku oczekiwania i presja będą największe. Przychodzi z ligi duńskiej. Bardzo dużo sobie po niej obiecujemy. Oczekujemy, że razem z Olą Hypką stworzą bardzo silny duet.
Jakie cele stawiane są przed MKS-em w najbliższym sezonie i czego według Pana zabrakło żeby w tym roku wywalczyć medal Mistrzostw Polski?
- Chcę unikać głośnych deklaracji. Prawda leży na boisku i w ciężkiej pracy, a nie w prężeniu muskułów. Mimo wszystko musimy jasno powiedzieć — naszym jednoznacznym celem jest awans w tabeli. Oczywiście podobnie myślą również inne drużyny w lidze, ale to nie może nas interesować. Musimy skupić się na własnej pracy oraz progresie sportowym i wynikowym. Nie szukać wymówek. Mamy bardzo dobre warunki do pracy. Czas to potwierdzić. Superliga jest niezwykle wyrównanymi rozgrywkami. Jej poziom rośnie z roku na rok. Ponadto nie wystarczy osiągnąć kilku dobrych wyników — trzeba regularnie potwierdzać swoją jakość i zdobywać punkty od września do maja. Niestety, nie ominęły nas słabsze momenty, a dodatkowo mieliśmy ogromnego pecha z nieszczęśliwymi kontuzjami zawodniczek. Mimo to powinniśmy byli zdobyć więcej punktów. Musimy to sobie jasno powiedzieć i nie szukać innych wymówek. Aż pięć razy zdarzyło się, że wygraliśmy pierwszą połowę i dominowaliśmy przez 40–45 minut meczu, a mimo to ostatecznie przegrywaliśmy. Co więcej, były to mecze z bezpośrednimi rywalami w walce o najwyższe miejsca — dwa razy z Koszalinem, raz z Piotrkowem, Kobierzycami i Lublinem. Przy systemie trzech punktów za zwycięstwo to niewybaczalne. Pod koniec sezonu te bolesne straty punktów nas dopadły.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję również.
Liczba komentarzy : 0