- Kiedy rozmawialiśmy niemal dokładnie przed rokiem zespół MKS PR Gniezno był na fali wznoszącej. Pszczołom brakowało zaledwie punktu do trzeciego miejsca w ligowej tabeli, zupełnie nieźle radziły sobie w Pucharze Europejskim EHF, miały otwartą wręcz drogę do turnieju finałowego Pucharu Polski. Tymczasem początek roku nie był najszczęśliwszy dla podopiecznych trenera Roberta Popka. Jak wspomina pan tamte wydarzenia z perspektywy czasu?
- Wszystko co nienajlepsze zaczęło się przed rokiem, 29 grudnia. Wtedy to podczas w sumie wyrównanego meczu z MKS Lublin kontuzji nabawiła się Daria Konieczna. Ostatecznie nie udało się wygrać tego meczu, a problemy zdrowotne Darii utrzymują się do dziś. To był trudny, wymagający okres dla nas. Duża częstotliwość rozgrywania spotkań przyniosła też wiele kontuzji. Był tak czas, że siedem, osiem dziewczyn oglądało spotkanie z trybun. Ostatecznie zajęliśmy piąte miejsce w lidze. Na trzy sezony w Superlidze dwukrotnie graliśmy w grupie mistrzowskiej. Biorąc pod uwagę te liczne kontuzje piąte miejsce jest moim zdaniem bardzo dobrym osiągnięciem. Najważniejsze jest jednak to, że przez udział w europejskich pucharach i grę w grupie mistrzowskiej Superligi zbieraliśmy ogrom doświadczenia, czerpaliśmy z tych meczów jak najwięcej się dało i jestem przekonany, że to przyniesie efekty w kolejnych sezonach.
- Kontuzja Darii Koniecznej, która była w tamtym czasie naprawdę w wysokiej formie to było z pewnością spore osłabienie, ale wydaje się, że pierwszą oznaką zmęczenia całego zespołu była porażka ze Startem Elbląg 32:33, mimo prowadzenia 29:25. A już z pewnością głośny dzwonek ostrzegawczy wybrzmiał po przegranej przed własną publicznością z Energą Szczypiorno Kalisz 30:32. Warto przy tym zaznaczyć, że było to pierwsze zwycięstwo beniaminka w sezonie…
- To była konsekwencja tego o czym mówiłem wcześniej. Poza tym drużyny potencjalnie słabsze od nas mobilizowały się na nas. Drużyna z Elbląga była w tamtym sezonie równie dobrze dysponowana. Ale w przyszłości musimy robić wszystko. żeby takie mecze jak ten z Kaliszem nie powtórzyły się więcej.
- Awans do półfinału Pucharu EHF rozstrzygnął się już w pierwszym wyjazdowym spotkaniu w Michalowcach, gdzie tamtejsza Iuventa zwyciężyła wyraźnie 36:21. W takiej sytuacji trudno nawet chyba zmotywować zespół przed rewanżem?
- Było to bardzo ciężki mecz. Pamiętam dokładnie datę - 15 lutego, bo to dzień moich urodzin. Niestety, nie było prezentu. Jechaliśmy na Słowację zdziesiątkowanym składem. Niemal w ostatniej chwili rozchorowała się Żaneta Lipok i została u siebie na Śląsku. Rzeczywiście wszystko rozstrzygnęło się już podczas tego pierwszego meczu w Michalowcach. Z drugiej jednak strony przed rozgrywkami ten ćwierćfinał bralibyśmy w ciemno! Myślę, że taki był też powszechny odbiór. Mimo, że przegraliśmy również rewanż u siebie, to kibice dziękowali nam na stojąco, za całą naszą walkę w Europie. Świat nie kończy się na jednym sezonie. Robimy wszystko, żeby wrócić i powalczyć o coś więcej.
- Wydaje się, że w ćwierćfinale Pucharu Polski gnieźnianki trafiły na potencjalnie najsłabszego rywala. Zespół Piotrcovii, w przeciwieństwie do obecnego roku, początek sezonu miał niezbyt udany, ale z upływem czasu radził sobie coraz lepiej i zwyciężając 27:25 awansował do Final Four. Był niedosyt?
Na tamten czas był to spory niedosyt. Jechaliśmy do Piotrkowa w roli faworyta i zabrakło naprawdę niewiele. Był niedosyt, bo jeszcze nigdy nie graliśmy w final four. Teraz z perspektywy czasu trochę inaczej to oceniam. W Piotrcovii latem nastąpiła zmiana szkoleniowca. Zespół objął Horatiu Pasca, pojawił się także nowy trener przygotowania fizycznego. Drużyna z Piotrkowa miała już zdecydowanie lepszą drugą część sezonu, a końcówkę wręcz bardzo dobrą i tę dyspozycję potwierdza od początku tego sezonu.
- Gnieźnianki tymczasem ze zmiennym szczęściem toczyły rywalizację w grupie mistrzowskiej Superligi. Wyjazdowy mecz ze Startem w Elblągu rozpoczęły zupełnie nieźle przegrywając do przerwy zaledwie jedną bramką, ale ostatecznie gospodynie zwyciężyły 29:21 i kilka dni po tym meczu z funkcji trenera drużyny zrezygnował Robert Popek. Spodziewał się pan tego?
- Tak naprawdę to rezygnacja nastąpiła kilka minut po tym meczu, ale ogłosiliśmy ją kilka dni później. Nie spodziewałem się tego! To był trudny czas dla drużyny, ale nie robiliśmy z tych wyników tragedii. Wiedzieliśmy, że mamy dużo meczów i spore problemy kadrowe spowodowane kontuzjami. Dla mnie to były dwa braek pointy w minionym sezonie. Pierwszy to wspomniany mecz z MKS FunFlor Lublin, a drugi to decyzja trenera Roberta Popka o rezygnacji z prowadzenia drużyny. Byłem bardzo zaskoczony i biłem się z myślami co zrobić. Szukać na szybko nowego trenera, czy zaproponować prowadzenie zespołu dotychczasowemu asysrentowi Romanowi Solarkowi. Po analizie wszelkich „za” i „przeciw” stwierdziłem, że opcja przejęcia drużyny przez drugiego trenera była rozsądniejsza i taką decyzję podjąłem.
- Roman Solarek poprowadził drużynę do końca sezonu i trzeba przyznać, że dotychczasowy asystent debiut w charakterze pierwszego szkoleniowca miał rewelacyjny…
- Wygrana w Kobierzycach była rzeczywiście sporym zaskoczeniem, tym bardziej że nigdy wcześniej tam nie wygraliśmy. Dziękuje bardzo Romanowi Solarkowi, że podjął się tego zadania w tak trudnym dla nas czasie. Udźwignął tę presje i obecnie mamy asystenta z największym doświadczeniem superligowym!
- Ostatecznie gnieźnianki zajęły piąte miejsce w rozgrywkach. Nie zdołały zatem wywalczyć sobie prawa gry w europejskich pucharach. Było to dla pana rozczarowanie?
- Myślę, ze nie. Spoglądamy na budowę klubu w sposób długofalowy. Czasami możesz mieć super skład, zero kontuzji i nie osiągnąć sukcesu. W poprzednim sezonie zebraliśmy ogromne doświadczenie dzięki rozgrywkom pucharowym i meczom w fazie mistrzowskiej Superligi. To pozwoliło nam wyciągnąć pewne wnioski i wprowadzić drobne korekty, co zaczyna przynosić już wymierne rezultaty.
- Przed kolejnym sezonem relatywnie szybko pojawiły się informacje o transferach. Kilka zawodniczek na dobre pożegnało się też jednak z drużyną. Jak ocenia pan ten bilans?
- Te zmiany były głęboko przemyślane. Nusa Fegić jest liderką. Wniosła wiele dobrego mając doświadczenie z kadry Słowenii. Lauani Pereira Rocha fajnie zaczęła się komponować dodając kolorytu drużynie. Natalia Krupa była zakontraktowana w związku z kontuzją Darii Koniecznej. ale niedawno sama doznała kontuzji na treningu. Jest spora szansa, ze obie wrócą do gry na początku roku. Zostaliśmy z jedną bramkarką i musieliśmy wypożyczyć Karolinę Osowską z Sośnicy Gliwice. Umowę mamy do końca stycznia i mam nadzieję, że do tego czasu przynajmniej Natalia zdoła już wrócić do gry.
- Skąd wziął się pomysł, żeby nowym trenerem drużyny został Peter Kostka?
- Trochę pomogło zrządzenie losu. Trzy lata temu szukając miejsca do podnoszenia naszych umiejętności trafiliśmy na Michalowce i tam poznałem Petera. Od razu zaimponował mi swoją osobowością, podejściem do drużyny. Wtedy nie myśleliśmy jednak o szukaniu szkoleniowca, bo mieliśmy dobrego swojego. Kiedy jednak Robert Popek złożył rezygnację rozpoczęliśmy poszukiwania. Nie ukrywam, że mieliśmy mnóstwo ofert. Jednak występy na arenie międzynarodowej zrobiły swoje. Przeprowadziliśmy wiele rozmów ze szkoleniowcami z całej Europy. Po głębszej analizie wybraliśmy trójkę - dwóch Hiszpanów i Petera Kostkę. O ostatecznym wyborze, przy podobnym poziomie umiejętności i warsztatu trenerskiego decydował test osobowości przeprowadzony na trójce trenerów i dziesięciu czołowych zawodniczek drużyny, Okazało się, że Peter Kostka ma cechy osobowościowe najbardziej zbliżone do cech osobowościowych trzonu naszego zespołu. W tej sytuacji wybór nie mógł być inny.
- Jak ocenia pan pierwszą rundę obecnych zmagań?
- Uważam, że trzeba dać czas nowemu sztabowi. Przez pryzmat zmian jakie już zostały wprowadzone, czyli: nowy tryb treningowy nowy trener przygotowania fizycznego, nowy trener bramkarek jestem dobrej myśli. Po tym półrocznym okresie wdrażania nowych rozwiązań powoli wchodzimy na falę wznoszącą. Mam nadzieję, że z każdym tygodniem dyspozycja będzie coraz lepsza. Dziewczyny miały duże obciążenia treningowe. Powoli i niełatwo wchodziły w ten nowy tryb, ale obecnie widać, że nie sprawia to im już takich kłopotów, a wyniki już zaczynamy dostrzegać, jak chociażby w ostatnim meczu z Piotrcovią, którego rezultat zaskoczył nawet największych optymistów. No może poza mną, bo stawiałem na wygraną różnicą dziesięciu punktów.
- Jesień przyniosła także sporo radości gnieźnieńskim kibicom w wymiarze międzynarodowym. Zupełnie inaczej ogląda się przecież mistrzostwa świata, kiedy w kadrze „grają nasze”!
Rzeczywiście jest to coś niesamowitego, że nasze zawodniczki są powoływane nie tylko do szerokiej kadry na campy przygotowawcze i spotkania sparingowe. W historii naszego klubue nie było jeszcze takiej sytuacji, żeby dwie zawodniczki były praktycznie w podstawowym składzie naszej kadry Apetyt rośnie w miarę jedzenie i pewnie jeszcze przynajmniej jedną, dwie dziewczyny widziałbym w drużynie narodowej. Z drugiej strony emocje są zdecydowanie większe. Bardzo przeżywałem wszystkie mecze. Niestety, obowiązki zawodowe nie pozwoliły mi na wyjazd do Holandii, ale i tak myślami byłem bardzo blisko drużyny, a szczególnie naszych zawodniczek.
- Wydaje się, że ćwierćfinał był jednak poza zasięgiem Biało-Czerwonych bez względu na to do jakiej grupy by trafiły…
- Mam wiele przemyśleń, refleksji na temat budowy kadry i samego sztabu. Sądzę, ze władze związku musiałby podjąć jak najszybciej pewne działania. Uważam, że kluczem do rozwoju dyscypliny i coraz silniejszej kadry jest praca u podstaw. Pewne zmiany zostały już zapoczątkowane przez prezesa Sławomira Szmala, ale trzeba je jeszcze propagować i rozszerzać. My pokazujemy jak to robić mając w szkoleniu trzysta zawodniczek w akademii, szkole podstawowej i SMS. Oprócz szkolenia ważna jest możliwość dawania szans gry młodym adeptom. Do tego potrzebny byłby system ułatwiający zmiany barw klubowych umożliwiający rozwój młodych zawodniczek i zawodników.
- Wróćmy na ligowe parkiety. Czy wierzy pan w medal mistrzostw Polski tym sezonie?
Oliwia Kuriata, obecna kapitan drużyny zapytana o cel na ten sezon podczas prezentacji zespołu odpowiedziała krótko - medal! Bardzo lubię i szanuję Oliwię i uważam, że musimy zrobić wszystko, aby to marzenie się spełniło już w tym sezonie. Naszym nadrzędnym celem jest jednak wejście do Europy i zostanie w niej, bo dzięki temu będziemy podnosić jakość naszej dyscypliny nie tylko dla gnieźnieńskich kibiców.
rozmawiał: Radosław Kossakowski
foto Damazy Gandurski

Liczba komentarzy : 0